We wrześniu 2026 roku Allegro i Amazon wykonały w odstępie piętnastu dni ten sam ruch. 9 września, po konferencji Allegro Open, prezes Allegro Marcin Kuśmierz zapowiedział, że platforma planuje „udostępnić partnerom nasze rozwiązania logistyczne, finansowe czy reklamowe także poza platformą, m.in. w ich własnych sklepach internetowych”. 24 września Amazon ogłosił, że sprzedawcy w USA mogą podłączyć do Seller Central swoje konta w eBay, Shopify, TikTok i Walmart i obsługiwać je z jednego panelu.
Dla marki to pytanie zarządcze, a nie technologiczne. Marketplace był dotąd kanałem sprzedaży i billboardem, który budował rozpoznawalność. Teraz chce być także infrastrukturą, na której działa reszta biznesu: sklep własny, konkurencyjne platformy, logistyka, płatności. Każda z tych ról ma swoją cenę. W najnowszej płaci się wiedzą o tym, ile, gdzie i za ile sprzedajesz.
12 sierpnia 2026 roku miał być dniem, w którym z platform sprzedażowych znikają oferty. Tego dnia zaczęło być stosowane unijne rozporządzenie opakowaniowe PPWR, a w branży od tygodni krążyła zapowiedź, że platformy zaczną weryfikować numery rejestrowe sprzedawców i wygaszać oferty tych, którzy nie dopełnili formalności. Scenografię dołożył zbieg okoliczności, bo tego samego popołudnia przeszło nad Europą całkowite zaćmienie Słońca, pierwsze widoczne z kontynentu od 1999 roku. Przez większość historii takie zjawisko odczytywano jako zapowiedź końca świata. Tym razem również się nie sprawdziło. Oferty zostały na miejscu.
I właśnie to jest problem, a nie ulga. Zmiana regulacyjna w handlu online prawie nigdy nie następuje w dniu wpisanym do kalendarza. Następuje pomiędzy datami, w tempie, którego nikt nie ogłasza. Firma, która przygotowuje się na wyznaczony termin, a potem wraca do pracy, bo nic się nie wydarzyło, mierzy czas w niewłaściwej skali. Ryzyko nie zniknęło. Ono się po prostu nie ogłasza.
Niejeden z nas ma w domu przedmioty, które od dawna planuje wystawić na sprzedaż na OLX, Allegro Lokalnie czy Vinted, ale nigdy nie może znaleźć na to czasu. Odstręcza nas wizja niekończących się prób negocjacji ceny, konieczność umawiania spotkań z potencjalnymi kupcami oraz frustrujące sytuacje, w których do transakcji ostatecznie nie dochodzi, bo podczas spotkania ktoś po raz kolejny próbuje zbić ustaloną wcześniej kwotę. Nasz czas okazuje się po prostu cenniejszy niż potencjalny zysk, a cała operacja bywa niewarta zachodu.
Zastanów się, ile razy w ciągu roku Twój zespół marketingu zgłaszał potrzebę zwiększenia budżetu na kampanie reklamowe, tłumacząc to rosnącą konkurencją ze strony azjatyckich platform. Słyszałeś zapewne, że to chwilowe wahania koniunkturalne. Prawda o zachowaniu użytkowników oraz dynamice rynku jest zgoła inna. Przechodzimy właśnie przez fundamentalne tąpnięcie rynkowe, które zmienia reguły gry w globalnym handlu cyfrowym. Rynek nie wybacza naiwności. Dotychczasowe strategie oparte na prostym imporcie i sprzedaży z wysoką marżą właśnie umierają na naszych oczach. Wielu menedżerów patrzy na nadchodzące zmiany regulacyjne z niepokojem. To kolosalny błąd. Nadchodząca reforma celna, która wejdzie w życie w lipcu 2026 roku, nie jest zwykłą korektą przepisów. To brutalne przetasowanie sił. Kto ostatecznie wyjdzie z tej bitwy zwycięsko, globalny gigant Amazon czy zwinni lokalni sprzedawcy? Aby to zrozumieć, musimy rozłożyć na czynniki pierwsze architekturę współczesnego e-commerce. Spójrzmy prawdzie w oczy. Dotychczasowy układ sił był głęboko niesprawiedliwy, ale ten stan rzeczy właśnie dobiega końca.